Podczas wspólnego popijania w piątek wieczorem padło
zaproszenie od Giorgija (właściciela hostelu), żeby jechać z nim do znajomych
za miasto. Szykowała się gruba impreza, czyli tzw. gruzińska supra – kolacja z
ogromną ilością jedzenia, picia, ze śpiewem i tańcem tradycyjnym, czyli tego, z
czego słynie Gruzja. Mieliśmy wyjechać o 12, ale ponieważ w Gruzji jednostką
czasu jest GMT (georgian mayby time) wyjechaliśmy o 14 =) Okazało się, że
gospodarze są w posiadaniu ogromnego terenu, na którym uprawiają winogrona,
kukurydzę oraz wiele innych owoców i warzyw oraz pasą krowy i owce. Ponadto
mają dwuwieczny młyn do ucierania mąki kukurydzianej, której dalej używają!
Byliśmy wszyscy (my plus kilku innych turystów z hostelu) pod wrażeniem, gdy
zaprezentowano nam działanie młyna napędzanego wodą. Wszystko było w nim jak
dawniej, nic nie zmieniono, nie założono nawet elektrycznej lampki.
Po
zwiedzeniu całego placu zostaliśmy zaproszeni do kuchni, żeby podejrzeć, jak
gospodynie kończą gotować. Wzięliśmy
nawet w tym czynny udział, mieszając po kolei kaszę manną gotująca się w
kociołku na prastarym palenisku (podobno lepiej smakuje niż gotowana na
kuchence gazowej).
No i po ok 2h podglądanie jak funkcjonuje gospodarstwo,
zasiedliśmy do stołu wraz rodzicami, wujkami, siostrami i ciociami, w sumie ok
20 osób. Stół cały zastawiony, ale jak się okazało to nie było jeszcze wszystko.
Na stół wjechały dzbanki wina i dania na ciepło wraz z naszą kaszą manną, w
której należało zamoczyć kawałki ichniego sera białego (coś na kształt smaku
oscypka w formie białego sera). No i zaczęło się.
Najważniejszym składnikiem każdej supry są tosty,
wznoszone prze tzw. Tamadę, którym na początku był ojciec gospodarza, a potem
sam gospodarz, dopóki nie nastąpiła samowolka i prawie każdy zaczął wygłaszać
własne toasty. Ale jak do tego doszło? Ano całkiem szybko i z bardzo prostego
powodu. Wino, które nam podano (oczywiście własnej produkcji), po wygłoszeniu
toastu trzeba było wypić DO DNA! Do dna tzn. zostawić na dnie kieliszka ok 1cm
płynu – podobno jak ktoś wypijał do samego końca to znaczyło, że jest
alkoholikiem, a my na początku nie wiedzieliśmy i piliśmy jak nam kazali do
dna! Tak czy siak dość szybko jak dla mnie ciężko było nadążyć, tym bardziej,
że wino nie smakowało mi za bardzo, w dodatku miało ok 17-18% alkoholu. Ale
Bartkowi szło całkiem nieźle. Bawiliśmy się świetnie, toasty głównie wznoszone
za tradycje gruzińskie, ojczyznę, przodków, religię, nowe pokolenie itp. nie
miały sobie końca.
Czas płynął jakby w ogóle poza nami, ojciec tamady grał
na akordeonie rzewne pieśni gruzińskie, do tego śpiewał, a siostra tamady
tańczyła naokoło stołu.
http://www.youtube.com/watch?v=vr0-DYqcwA4&feature=youtu.be
http://www.youtube.com/watch?v=vr0-DYqcwA4&feature=youtu.be
Gospodyni ciągle donosiła nowe potrawy i tak jak już
wcześniej słyszeliśmy, jak przestały się mieścić na stole, to stawiała jedne na
drugich. Ilość wina, która poszła tego wieczora, oceniamy na min. 15l. Kluczem
programu było jednak picie z rogu, z którego również trzeba było wypić wszystko
na raz, no i ten test dla mężczyzn był bardzo trudny…Imprezę zakończyliśmy ok
22. A następnego dnia trzeba było wstać na 7.40 na marszrutkę do Mestii.
Super, wreszcie klimaty prosto z książki Mellera. To właśnie dla mnie jest kwintesencją podróżowania - nie tylko oglądanie starych klasztorów, wycieranie drewnianych progów przy wejściach do `obowiązkowych` punktów wycieczkowych, tylko właśnie obcowanie z kulturą, jedzenie z przysłowiowej wspólnej michy i muzyką dyktowaną sercem.
OdpowiedzUsuń