Wychodząc z naszej kwatery mieliśmy jechać około 2 godzin
do kurortu Borjomi ale zdecydowaliśmy się go ominąć. Trochę z braku czasu,
trochę z obawy że okaże się typowym postsowieckim dinozaurem. Miejsce mogło być
o tyle ciekawe, że z Borjomi pochodzi najbardziej znana woda mineralna o dosyć
specyficznym smaku. Trochę słona, trochę śmierdząca, trochę jadąca starą rurą.
Bardzo popularna.
Wyznaczyliśmy sobie za cel Mestię, ale nie udało nam się
tam dotrzeć. Bo z Vardzi do Akhaltstikhe potem do miejscowości o dźwięcznej
nazwie Kutaisi, z Kutaisi do Zugdidi i w Zugdidi już nas zastał wieczór. I dobrze
jak się później okalało.
Zdarzyła się też zabawna sytuacja w jednej marszrutce,
kierowca zapomniał nas wysadzić w Kutaisi. Zorientował się około 15 km za
miejscowością ze mieliśmy tam wysiąść, on jechał do Batumi. A my też trochę jak
sieroty, siedzieliśmy i czekaliśmy, myśląc, że może dworzec jest za miastem. I
co zrobił szofer? Nie wrócił do Kutaisi tylko zatrzymał marszrutkę z
naprzeciwka, zapakował nas tam i opłacił przejazd. Szacun. I tu przełamaliśmy
zwyczaj jeżdżenia Fordami Transitami. Do tej pory każda marszrutka była właśnie
fordem. Jechaliśmy w końcu Mercedesem J.
Droga do Kutaisi była istnym labiryntem pomiędzy krowami i prosiakami, z
prędkością oczywiście minimum 100km/h, które zdawały się mieć głęboko w
poważaniu pędzące samochody. Potem wieczorem jeszcze czacza i toasty z właścicielem hostelu i innymi,
którzy tam gościli, preludium przed imprezą następnego dnia.
Hej, a Wy w długich spodniach? Pogodometr na blogu pokazuje, że tam upał. Kryjecie ciało przed słońcem? :P
OdpowiedzUsuńBoguś pogodometr jest z Tbilisi, a w górach było dużo zimniej, szczególnie wieczorami i rano, także długie spodnie przydały się częściej niż myśleliśmy..
OdpowiedzUsuń