Dzisiaj było chodzenie po górach. Kościół Sameba jest bardzo ważnym miejscem religijnym dla
Gruzinów, położonym 700 m nad miejscowością Kazbegi. Jak na dodatek dzisiaj było święto, więc
tysiące ludzi wspinało się tam jak się da. Pieszo, samochodami (jest droga) lub
na koniach. Z braku koni i samochodu poszliśmy na piechotę. Trochę wycisnęło to
z nas potu. Ale na górze zrobiliśmy sobie piknik i szybko odzyskaliśmy siły.
Droga przez Tsminde to również droga na szczyt Kazbeg, który z okolic kościoła
wygląda jeszcze majestatyczniej.
Dlaczego Gruzja?
Także tytułując nasz blog, nie mamy wcale na myśli rodzaju tańca, tylko po prostu gruzińską wódkę, która jest jednym z głównych napojów spotykanych na Zakaukaziu.
Pojedziemy, spróbujemy, opowiemy =)
wtorek, 28 sierpnia 2012
Droga do Kazbegi – poniedziałek 28.08.2012
A mieliśmy jechać do Vardzi… I nie wyszło.
Rano (o 10:00) po śniadaniu nasz hostelszef odradził
jechać w tamtym kierunku z powodu złej
pogody. Przy okazji przywołał występ grupy Filipinki z przebojem batumi.Ale w górach na północy miała być ładna pogoda i dobra widoczność. No dobrze, jedziemy do Kazbegi. Tylko 3 godziny z Tbilisi znaną Gruzińska Drogą Wojenną, przez góry. Starym fordem transitem z chyba niedoszłym kierowcą rajdowym. Widoki wspaniałe, komfort jazdy nie koniecznie wspaniały. Dojechaliśmy. Miejscowość pięknie położona, w dolince, z miasteczka widać górę Kazbek a przed nią na pierwszym planie kościół Tsemida Sameba – wizytówkę Gruzji.
Hostel Emma w którym śpimy nie jest przez nas polecany. W łazience nie
ma światła ani papieru, nie mamy kluczyka do naszego pokoju, a na kolacje dla 8
osób dostaliśmy po skąpym kawałeczku kurczaka i sałatki. Po tym jak się Kasia
upomniała o więcej jedzenia, gospodyni zrobiła omlet. W hostelu mamy
przynajmniej ciekawe towarzystwo: para Japończyków, rosyjska Izraelka, Malezyjka mieszkająca w Chinach, dwoje
Włochów… Są jeszcze inni, ale jeszcze nie poznaliśmy.
Zaskoczyła nas tu trochę temperatura (w sumie co się
dziwić, jesteśmy na ok 2000npm) chwilowo lubimy bluzy i długie spodnie.
Tbilisi – niedziela 27.08.2012
W
niedzielę zwiedzaliśmy Tbilisi i tym razem Kasię dopadła gorączka, ale już
wieczorem poszliśmy na kolację do PurPura (knajpa w praskim stylu, ale droga i
wykwintna), a potem do łaźni siarkowej. Woda w basenie siarkowym była tak
gorąca, że Kasia wytrzymała tylko parę minut zanurzona po szyję. Ja dałem radę wejść tylko po pas. Ciekawe
doświadczenie, ale woda okropnie
śmierdziała. Potem już tylko błogie spanie.
To co
nas najbardziej zaciekawiło w Tbilisi, to wszędobylskie rury gazowe zajmujące
połowę powierzchni nad chodnikiem. Oczywiście załączamy również zdjęcie
gruzińskiego chleba, pieczonego w podobnych piecach jak indyjski piec tandori.
Tbilisi – sobota 25.08.2012
Idziemy
do hostelu (polecanego w przewodniku Lonley Planet,tzw. Lonku), położonego na
Starym Mieście i zaliczanym do niezbyt tanich..Po przejściu wielu robót
ulicznych trafiamy na ulicę naszego hostelu, po obu stronach same rudery, więc
szukamy czegoś trochę epszego i przede wszystkim opisanego jako hostel. Żadnej
informacji. Po adresie w końcu trafiamy..trochę nie wierzymy własnym oczom, bo
nasz hostel to waląca się rudera z wybitymi oknami, za którą mamy zapłacić
bagatela 140 zł za pokój! Wchodzimy po skrawkach schodów i to co widzimy nas
miło zaskakuje. Wita nas miły pan, mówiący płynnie po angielsku, dostajemy
bardzo ładny pokój z klimatyzacją, której jednak nie włączamy, bo mamy jej już
dość po samolocie i nie tylko. Do
dyspozycji mamy niezłą łazienkę i kuchnię.
Zostawiliśmy
plecaki i poszliśmy na chwile na piwo, czekać na pokój
Po 3h
snu, Bartek odmówił wstania z łóżka z powodu choroby, więc poszłam zwiedzać
sama. Skierowałam się do części miasta ze starymi walącymi się kamienicami. Ola
pewnie więcej powiedziałaby o architekturze, na moje oko: trochę klasycyzmu,
baroku, sporo elementów arabskich no i oczywiście ni z gruszki ni z pietruszki
monumentalne, posowieckie twory. Natomiast wszędzie zachwyciły mnie zdobione
ręcznie balkony, drzwi i kraty okienne. Wieczorem Bartek odzyskał siły i
poszliśmy na kolację do knajpy poleconej przez Gita hostelmana. Zamówiliśmy typowe gruzińskie
pierogi jedzone palcami i wreszcie spróbowaliśmy gruzińską czaczę
i wino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)