Nasz ostatni dzień, jak to ostatni dzień był mało
ciekawy, bo już jedną nogą w samolocie i w oczekiwaniu na polskiego schabowego
i ciepły prysznic w domu. Po szwendaniu się po miasteczku, w tym wstąpieniu do lokalnej piekarni i obiedzie w
akompaniamencie 1l wina (na kieliszki nawet nie sprzedają), poszliśmy na miejscowy bazar, gdzie sprzedawano czaczę i wino domowej roboty (jak w większości
miejsc w Gruzji) w plastikowych
butelkach. Zanim zrobiliśmy zakupy, dostaliśmy po małej szklaneczce każdego rodzaju
alkoholu na spróbowanie. Po powrocie do hostelu tuż przed wyjściem właścicielka
poczęstowała nas kolejnym kieliszkiem wina, także w doborowych humorach, z plecakami
wypchanymi butelkami, wsiedliśmy do marszrutki w kierunku Tbilisi.
A teraz siedzimy już na lotnisku i czekamy na samolot.
Zeby dodac pikanteri ;) po waszym wyjezdzie Lado zrobil wieczorem duzaaaaa impreze z czacza i separavi dla gosci... Bylo ciezko ;) pozdrawiamy Jacek i Dominika poznani na tarasie ;)
OdpowiedzUsuńTrochę Czaczy do domu zabraliście? Możemy zrobić degustację, przyniosę macedońską rakiję z zeszłorocznej wyprawy.... Ujjj potem trzeba będzie z dala od ognia chodzić, bo po tych trunkach to łatwo o samozapłon hehehe;)
OdpowiedzUsuńDajcie jakiś wpis summary... mapka, cośtam, wrażenia...
OdpowiedzUsuńZostawcie troche czaczy na uraczenie wizytujących.
No i ogólnie bardzo nam się podobało, blog wypas i hula-hop.
Czacz jest, przywieźliśmy 2 litry i będziemy Was raczyć. A jak zabraknie to dopełnimy naszą polską, niekoniecznie robioną samodzielnie.
OdpowiedzUsuń