Jak już pisałam Telavi nas nie zachwyciło, także od razu
rano zaplanowaliśmy wycieczkę po winiarniach i kilku klasztorach w okolicach
tego miasta. O klasztorach pisać nie będę, bo nie były takie ciekawe, także
przejdę do meritum. Pierwsza winiarnia którą odwiedziliśmy to Twins Old Cellar
gdzie całkiem sporo dowiedzieliśmy się o technologii produkcji wina starą,
gruzińską metodą qvevri.
Białe wino:
Polega ona na tym, że zerwane winogrona ugniata się w
specjalnym korycie nogami, a potem
wkłada do glinianych dzbanów zakopanych w ziemi, tak że widać tylko wieko, i
zakrywa się je szczelnie na 6 miesięcy. Jeden taki dzban potrafi pomieścić
nawet 4 tony winogron. W tym czasie wino fermentuje, a skórki i pestki opadają
na dno. Potem się zlewa wino do dalszej fermentacji lub leżakowania, a to „błoto”
ma specjalne przeznaczenie. Jest to nic innego, jak zacier do destylatu, z
którego powstaje… CZACZA, CZACZUNIA, CZCZECZKA (wóda)
Czerwone wino:
Tutaj oddzielenie fermentującego soku od skórek i pestek
następuje po ok 6 dniach. Nie bardzo tylko wiemy jak się je oddziela, bo technologia
była opowiadana podczas degustacji wina, a język choć angielski, był trochę
trudny do pojęcia. Potem już sok fermentuje dalej samotnie, a z resztek robi się…
CZACZĘ.
Wyobraźcie sobie, że bierzecie 100 kg winogron. Dają one
70 litrów wina, reszta jest destylowana i daje 5 litrów CZACZY. Kolor czaczy z
białych i czerwonych winogron jest taki sam.
Wracając do wina, może ono leżakować 10-15 lat w beczkach
lub butelkach, najlepiej w temperaturze 16-17 stopni C. Wino robione tą metodą
nie zawiera żadnych obcych dodatków, występuje tylko naturalna fermentacja.
Po winiarni Twins Old Cellar odwiedziliśmy jeszcze
fabrykę Kindzmarauli gdzie wino produkuje się już głównie według europejskiej
metody i na masową skalę. W tej metodzie od razu wyciska się sok i wino
fermentuje bez skórek i pestek. Wina te
są oczywiście bardzo dobre, ale różnią się od tych produkowanych starą metodą.
Na koniec wycieczki odwiedziliśmy piwnice Khareba, gdzie
wino przetrzymuje się w wykutych w górze korytarzach o łącznej długości
kilkunastu kilometrów. Również ta wizyta zakończyła się degustacją. Na koniec
nasza taksówka zawiozła nas do Sighnaghi, gdzie mieliśmy spędzić ostatnią noc (nie
licząc tej na lotnisku).
ładnie, ładnie - lubię taki klimat.. muszę sobie taki regał w domu sieknąć ...
OdpowiedzUsuń