Idziemy
do hostelu (polecanego w przewodniku Lonley Planet,tzw. Lonku), położonego na
Starym Mieście i zaliczanym do niezbyt tanich..Po przejściu wielu robót
ulicznych trafiamy na ulicę naszego hostelu, po obu stronach same rudery, więc
szukamy czegoś trochę epszego i przede wszystkim opisanego jako hostel. Żadnej
informacji. Po adresie w końcu trafiamy..trochę nie wierzymy własnym oczom, bo
nasz hostel to waląca się rudera z wybitymi oknami, za którą mamy zapłacić
bagatela 140 zł za pokój! Wchodzimy po skrawkach schodów i to co widzimy nas
miło zaskakuje. Wita nas miły pan, mówiący płynnie po angielsku, dostajemy
bardzo ładny pokój z klimatyzacją, której jednak nie włączamy, bo mamy jej już
dość po samolocie i nie tylko. Do
dyspozycji mamy niezłą łazienkę i kuchnię.
Zostawiliśmy
plecaki i poszliśmy na chwile na piwo, czekać na pokój
Po 3h
snu, Bartek odmówił wstania z łóżka z powodu choroby, więc poszłam zwiedzać
sama. Skierowałam się do części miasta ze starymi walącymi się kamienicami. Ola
pewnie więcej powiedziałaby o architekturze, na moje oko: trochę klasycyzmu,
baroku, sporo elementów arabskich no i oczywiście ni z gruszki ni z pietruszki
monumentalne, posowieckie twory. Natomiast wszędzie zachwyciły mnie zdobione
ręcznie balkony, drzwi i kraty okienne. Wieczorem Bartek odzyskał siły i
poszliśmy na kolację do knajpy poleconej przez Gita hostelmana. Zamówiliśmy typowe gruzińskie
pierogi jedzone palcami i wreszcie spróbowaliśmy gruzińską czaczę
i wino.
Początki smaczne. Oby tak dalej.
OdpowiedzUsuńpatrząć na zdjęcia gruzińska czacza smakowała :)
OdpowiedzUsuńJak Czacza? nie wykręca gęby?
OdpowiedzUsuńidzie bez popity, nawet o 7 rano, coś jak włoska grappa.
Usuń