W
niedzielę zwiedzaliśmy Tbilisi i tym razem Kasię dopadła gorączka, ale już
wieczorem poszliśmy na kolację do PurPura (knajpa w praskim stylu, ale droga i
wykwintna), a potem do łaźni siarkowej. Woda w basenie siarkowym była tak
gorąca, że Kasia wytrzymała tylko parę minut zanurzona po szyję. Ja dałem radę wejść tylko po pas. Ciekawe
doświadczenie, ale woda okropnie
śmierdziała. Potem już tylko błogie spanie.
To co
nas najbardziej zaciekawiło w Tbilisi, to wszędobylskie rury gazowe zajmujące
połowę powierzchni nad chodnikiem. Oczywiście załączamy również zdjęcie
gruzińskiego chleba, pieczonego w podobnych piecach jak indyjski piec tandori.
Chleb, chleb, chleb nasz powszedni :-)
OdpowiedzUsuńHeheheh, czy jest jakieś miejsce na świecie, gdzie Barto do piekarni nie wparował? ;)
OdpowiedzUsuńHehe, fajne te rury. Można pranie wysuszyć, albo dywan wytrzepać. Choć pranie mogą zajumać...
OdpowiedzUsuńU nas to pewnie by szybciej te rury zajumali :-)